Wszyscy mamy jakieś skojarzenia z Kubą: Fidel Castro,  zabytkowe samochody czy Buena Vista Social Club . Wszyscy też wiemy, że ten kraj jest inny, oryginalny, lecz coraz szybciej się zmienia i niedługo prawdziwa Kuba zniknie. Dlatego wyobrażenia trzeba konfrontować z rzeczywistością i ten 5 dniowy weekend był do tego idealną okazją.

Po nieco ponad godzinnym locie z meksykańskiego Cancun ląduję w Havanie. Już wiem, że połączenie tych dwóch krajów w jedną wyprawę było strzałem w dziesiątkę i taką opcję polecam wszystkim. Sombreros, tacos, cerveza kontra cuba libre, mojito i cygara! Czy może być bardziej latynosko?

Na bramce pierwszy kontakt z przemiłą Kubanką. Wita mnie dosyć szczerym uśmiechem i prosi o paszport i wizę. Daję jej małą karteczkę, która dostałem od Relaksmisji na poczet bezproblemowego przekroczenia granicy.

-Nie wpisał Pan swoich danych, dlaczego?

-Chciałbym, ale nie mam długopisu…

-Nie mogę zatem Pana wpuścić.

-Por favor amiga! Nie wyczaruję teraz długopisu.

-Polaco mówiący po hiszpańsku???

-Tak, piękny ten Wasz język i chciałbym poznać Wasz kraj.

-No dobra wchodź, ale koniecznie wypełnij wizę później, witamy na Kubie amigo!

W ten sposób zaczęła się moja przygoda – z pustą wizą, czyli w sumie jakby bez wizy!

***

Na dzień dobry na lotnisku musiałem podjąć ważną decyzję – KUKI? KUPY? KUKI i KUPY? Czy może same KUKI? Chodzi oczywiście o wymianę walut. Kubańczycy bowiem posiadają osobną walutę – CUP, za którą można nabyć dobra podstawowe i zapłacić za niektóre usługi. CUC natomiast służy do płacenia za większość usług turystycznych i dóbr “luksusowych”. Wykupiłem więc trochę CUP-ów i znacznie więcej CUC-ów. Pierwszy kantor coś ściemniał, ale piętro wyżej było bez kolejek i bez problemów z wymianą, oczywiście tylko za okazaniem paszportu. Na szczęście byłem przygotowany, gdzieś na dnie plecaka leżały i czekały banknoty Euro – wymiana dolarów obciążona jest 10% podatkiem – taki tam symbol „przyjaźni” między tymi krajami.

Wychodzę z lotniska. Na parkingu widzę starego Moskwicza zaparkowanego obok Forda Falcona i innej rosyjskiej bryki – VAZ 2105. Z wrażenie nie pamiętam nawet czy moją taksówką był GAZ 2410 czy Lada, nie był to na pewno Fiat 126p, na którego przyszło mi jeszcze poczekać.

Relaksmisja zorganizowała mi noclegi w Casa Particular – „ nie wiem co to jest, ale ufam im”- pomyślałem. Okazało się, że chodzi o nocowanie u prawdziwej kubańskiej rodziny, czasem w ich domu lub kamienicy, a czasem w wypasionej Hacjendzie i zawsze w prywatnym pokoju z klimą, łazienką, śniadaniem i milionem opowieści o życiu na Kubie z pierwszej ręki!

Taksówkarz, który czekał na mnie z cygarem w dłoni – bo jakżeby inaczej! – zawiózł mnie pod sam dom, oznaczony małą niebieską kotwicą na białym tle świadczącą o legalności kwatery, w której będę nocował. Drzwi otworzyli Gustavo i Maria, mówiąc „Bienvenido a Kuba, senior Polaco!”

I tutaj znowu cieszę się, że mówię po hiszpańsku. Szybko zaprzyjaźniam się z moimi hostami, którzy są mili, pomocni, ciekawi świata i przede wszystkim bardzo dowcipni. Codziennie serwują mi śniadania i z dużą dawką humoru opowiadają o swoim kraju, z którego są bardzo dumni:)

***

Zwiedzam Havanę. Idę słynnym Maleconem, bryza oceanu i fale rozbijające się o brzeg tego pięknego, ponad 10-cio km deptaku łagodzą odczucie gorąca. Mijam spacerujące pary, rybaków, turystów z aparatami, wędkarzy oraz latynoskich muzyków udających Buena Vista Social Club i chcących 5 dolarów za swój 2 minutowy występ. O dziwo, komarów brak! Czyli repelent skonfiskowany na meksykańskim lotnisku przyda się bardziej tamtejszej służbie celnej niż mi.

Jednak z tego wszystkiego najbardziej urzeka mnie widok popularnego w Polsce „malucha” jadącego wśród kolorowych, amerykańskich kabrioletów z lat 50-tych. Co więcej, w maluchu jechało 4 czarnoskórych amigos – widok bezcenny i niepowtarzalny, szczególnie będąc oddalonym o 8700km od Polski!

Wchodzę do parku miejskiego, a tam mnóstwo ludzi skumulowanych przy fontannie, każdy wlepiony w ekran telefonu, a niektórzy nawet z laptopami – No! To znalazłem strefę wi-fi! – pomyślałem uradowany. Chwilę później pstryka na mnie jakiś afrokubańczyk rysując palcami w powietrzu prostokąt. „Żebrak, nie dam mu hajsu!” stwierdziłem i włączyłem publiczne wi-fi. Problem braku hasła do sieci rozwiązał właśnie ten pstrykający na mnie kolega, sprzedając mi za 2 dolary prostokątną kartę zdrapkę z hasłem na godzinę dostępu do internetu. W ten sposób nauczyłem się nie oceniać ludzi pochopnie…

Internet na Kubie jest mocno ograniczony. W całym mieście jest tylko kilka punktów dostępu, a jeszcze mniej punktów sprzedaży kart zdrapek, więc lepiej zaopatrzyć się zawczasu.

***

Nie próżnuję. Mam 5 dni, ale wiele do zobaczenia, zbyt wiele! Czas na Viñales – rejon, który szczyci się produkcją cygar, dlatego nawet jednodniowa wycieczka z Havany na farmę tytoniu to świetny pomysł. Wykład na temat uprawy i suszenia tej rośliny, a do tego pokaz zwijania i degustacja świeżo skręconego cygara to nie lada przeżycie. Viñales to też krajobrazy, eksploracja jaskini Santo Tomas, dziwaczny i kolorowy mural prehistoryczny, pływanie łódkami w jaskiniach i jazda konno przez zielone pola w otoczeniu niezwykłych wzgórz i skał wapiennych.

Opuszczam Viñales i zmierzam do Trinidadu. Kubański przyjaciel Relaksmisji – Yaniel, zabrał mnie do gwarnej tawerny La Botija – zamówiłem dwa typowe Kubańskie dania: „Stare Ubrania” zwane po hiszpańsku – Ropa Vieja oraz „Maurowie i Chrześcijanie” zwane Moros i Cristianos. Trzeba przyznać, że nazwy mało apetyczne, ale smak całkiem, całkiem. Pamiętajmy, że na Kubie nie powinniśmy wybrzydzać! W ich systemie ilość dóbr i towarów jest ograniczona, a dostęp często utrudniony, więc tym bardziej doceniam te dania.

Barwna starówka tego spokojnego miasta zauroczyła mnie na tyle, że nie zdążyłem wejść na wieżę widokową, ani wybrać się na imprezę do jaskiniowej dyskoteki La Cueva. Zrobię to następnym razem – koniecznie! Do listy atrakcji odłożonych na następny wyjazd dodaję też plaże półwyspu Cayo Coco i w słynnym Varadero, a także lekcje salsy i imprezę w Fabrica del Arte.

Opuszczam Kubę. Pamiątki na lotnisku kosztują tyle samo co na straganie w Viñales – taniocha!  Piękne Kubanki w służbie celnej pracujące w spódniczkach mini, każą mi przejść boso przez bramkę bezpieczeństwa pod groźbą niewypuszczenia mnie z kraju – ehhh ale jak tu chcieć wyjeżdżać?:)